|
Olsztyn 06.05.12 Relacja w/g Michała Mandesa Jest poniedziałek, siedze w pracy i czuje jak nogi mi jeszcze pulsuja. Wczoraj jechalem Mazovia Merida MTB Marathon w Olsztynie. Start ciekawy z kilku powodow: 1. Trasa zapowiadała się bardzo ciekawie. Wiele podjazdów, zjazdów i szybkich odcinków płaskich 2. Pogoda zmieniała się z godziny na godzinę 3. Dzięki uprzejmości Marka, mogłem przetestować w boju Meride Big.Nine XT Edition Niedziala rano, zjawiliśmy się w Olsztynie, pogoda taka sobie, zachmurzenie coraz większe i temperatura spadała. Po rozgrzewce ustawiliśmy się w sektorach i oczekując na start zastanawialiśmy kiedy spadnie deszcz, spadł dokładnie w chwili startu. Początek trasy jedziemy szybko asfaltem po czym wpadamy na polne drogi przejeżdzając przez kolejne miejscowości, jazda na dużych kółkach wydaje się bardzo ciekawa, rower szybko się rozpędza, nie traci prędkości na nierównościach. Wpadając dużą grupa do lasu jedziemy w towarzystkie Tomka Molendy i Marka Napierały. Tutaj decyduję się na przyśpieszenie, co później okaże się błędem. Dojeżdżamy do premii AutoLand, gdyby nie kolega, który zsiadł z roweru i mnie zblokował, udałoby się podjechać na sam szczyt. Następnie następują kolejne sekcje zjazdów, podjazdów i płaskich odcinków, które pokonujemy w wiekszych grupach. Dojeżdżając do ostrego, piaszczystego zakrętu okazuje się, że duże kółko uważa, że powinienem jechac prostoJ. Po kolejnej sekcji interwałów, łapie mnie kryzys oraz Tomek Molenda, znajduję w sobie dość energii aby usiąść mu na koło i trochę się powieźćJ dzieki temu łapie tak potrzebny odpoczynek. Przez kolejne kilkanaście kilometrów jedziemy razem w towarzystwie kilku zawodników, wspólna praca na długim odcinku asfaltowym każdemu z nas daje trochę wytchnienia. Lecimy dalej aż do miejscowości Ruś, tutaj okazuje się, że wcześniejsze szarżowanie mści się na mnie i grupka z Tomkiem zaczyna mi odjeżdżać, mam ich w zasiegu wzroku przez wiele kolejnych kilometrów ale nie daje rady dogonić. Po asfaltowym odcinku wpadamy do lasu, w pewnym momencie okazuje się, że jade sam, oznakowanie trasy wprowadza mnie w bład i skręcam w lewo zamiast zasuwać prosto, przez to tracę kolejną minutę. Dalej w zupełnej samotności, walcząc ze zmęczeniem jade do mety, ile km jeszcze? Nie wiem, rower nie ma licznika, ale to nie ma znaczenia, jade tak szybko jak mogę. Końcówka to namiastka XC, zjazdy podjazdy, wąskie ścieżki, bajka. W końcu meta, czas niezły, było miło. Spoglądając na wyniki okazuje się, że czas nawet bardzo dobry, pytanie tylko czy dzięki rowerowi czy pomimo. Pierwsza styczność z dużymi kółkami pozostawi bardzo pozytywne wrażenia, czy wyrobiłem już w sobie potrzebę posiadania takiego? Chyba nie. Ale jak nie raz już historia pokazała, ziarno zasiane zaczyna kiełkować i w pewnym momencie pragnienie jest tak duże, że trzeba je zrealizować. Byle tylko taką samą percepcje miała moja żona. Punktowali: Tomek Szymański – Giga 12 w M4 Sławek Szymczak – Giga 19 w M4 Niezawodna Zosia Sołtys – Mega – 2 w K5 Tomek Molenda – Mega 22 w M3 Piaseczno 15.04.2012 Relacja w/g Michała Mandesa Piaseczno – szybka, płaska trasa, na której możliwe jest osiąganie średnich prędkości przekraczające 30km/h. To jest oczywiście prawda w przypadku braku deszczu. W tym roku było dużo deszczu przed maratonem jak i w czasie jego trwania. Niekorzystna aura sprawiła, że na starcie zjawiło się znacznie mniej zawodnikow niż w Otwocku. Szybki start na podmokłej, żwirowej drodze powoduje, że zaraz po starcie wszyscy jestesmy brudni, dalej jest tylko gorzej…. Kolejne 45 km to na przemian, szerokie szutry, asfalty, waskie ścieżki i naturalne oklady błotne dobroczynnie wpływające na cerę i negatywnie na wszelkie elementy roweru i garderoby. Jadąc z 3 sektora, pierwsze 10 km jedziemy bardzo agresywnie, chyba nawet za bardzo, doganiamy czesc 2 sektora i zaczynaja się kształtowac grupki podobnych sobie pod względem wydolnosci osob. Mijamy kolejnych zawodnikow na około 15 km od startu mijam osłabionego Marka Napierałe, widać powtarza się sytuacja z Otwocka, pierwsza godzina w jego wykonaniu nie jest najlepsza. Jedziemy dalej mocno, na 25 km mnie dopada kryzys, jedna myśl kołacze się pogłowie, nie dać się zerwać. Nie udaje mie się utrzymac koła i zostaje sam. Przez kolejne kilka kilometrów jade sam, aż doganiamy grupke, która mi odjechała. Tym razem oni maja kryzys? W zgranej grupie jedziemy przez kolejne kilometry. Dojeżdżamy do błotnistego, końcowego odcinka trasy, tutaj taktyka jest jedna jechać tak, żeby nie zerwać łańcucha. Mozolnie pokonując kilka kilometrów dojeżdżamy do ostaniego odcinka, jest płaski i szybki. Ledwo widząc cokolwiek przez zalepione błotem okulary, siedzę na kole zawodnika przedemną. Obiecałem sobie, że nie będę finiszował za wcześnie żeby się nie spalić, na około 300 m przed metą staję w korby i daje z siebie wszystko. Nareszcie koniec. Teraz pytanie, ile części jest do wymiany. Punkty do klasyfikacji drużynowej zdobyli: Darek i Sławek Lasota, Zosia Sołtys, Michał Mandes Wyniki indywidualne: Giga: Darek Lasota był 3 w M5 z czasem: 3:49:15 Sławek Lasota był 4 w M5 z czaem: 3:49:50 Mega: Zosia Sołtys była 1 w K5 z czasem: 2:46: 37 Michał Mandes był 31 w M3 z czasem: 2:08:49 Tomek Molenda był 32 w M3 z czasem: 2:09:06 Marek Napierała był 47 w M3 z czasem: 02:18:01 Tomasz Szymański 25 w M4 z czasem 02.19.02 Wojtek Marciniak 42 w M4 z czasem 02.27.01 Robert Łokietek 74 w M4 z czasem 02.42.26 Sławek Szymczak 80 w M4 z czasem 02.45.44 FIT: Bartosz Molenda 15w FM1 z czasem 0.57.33 Drużynowo trzymamy się na 5 miejscu. ------------------------------------------------------------------------ I edycja Mazovii 2012-Otwock- za nami. Otwock zawsze należał do niełatwych wyścigów, trochę górek i piaskowe podłoże. Całe szczęście popadało i było dość szybko. Tych których wystraszyła pogoda niech żałują –na trasie było słonecznie i sucho. Nawet wiatr nie specjalnie przeszkadzał,bo gęsty las ochraniał przed powiewami. Kiedy zajechaliśmy na parking byliśmy lekko przerażeni –dłonie marzły od chłodu i wiaterek nieźle dawał po plecach. Szybka rozgrzewka i na start. I zaczęło się, sygnał startu i zapominasz o strachu i lękach. Dajesz po zaworach ile fabryka dała. Cudowna przemiana z niechęci do radości. Wentylujesz płuca i tracisz zimową nadwagę. W sumie kłamstwa-same kłąmstwa. Jadę i klnę, wszystko mnie boli, czuje nienawiść do bólu mięsni i ta okropna świadomość że to dopiero początek męki. Staram się nie popełnić ubiegłorocznych błędów i pohamowuje żądze wyprzedzania. Utrzymuje swoją pozycję i trwam za czyimś kołem wierząc, że koleś nie popełni błędu i nie wywali mnie gdzieś na piachu. Oswajam się z myślą że jadąc tak dalej rozstanę się ze swoim ulubionym 1 sektorem, ale świadomość niemocy bierze górę. Mija 7 kilometr kiedy dogania mnie Darek Lasota. Zachęca by wskoczyć na koło. Nie zastanawiając się jadę za kumplem przez kilkaset metrów po czym prawie plując krwią przeklinam kolesia i zostaje sam na sam ze swoją słabością. A mogłem sobie leżeć na fotelu, oglądać tv i trzymać kciuki za ekipę… 8 kilometr i mija mnie Tomek Molenda. Mało mnie szlag nie trafił. Przeleciał koło mnie jak Husajn Bolt na setkę. Nawet nie miałem szans go „pozdrowić”. Jadę dalej i wspominam czasy kiedy to ja moich kumpli wyprzedzałem. Nagle jakiś koleś z plecakiem przeskoczył przede mnie ciągnąc za sobą z 8 swoich kolesi. Połowa również z plecakami. Zaniepokoiłem się , oglądam się za siebie czy to nie jakaś wycieczka harcerzy. Nie jestem w stanie im nawet potowarzyszyć. Niby taka niedzielna wycieczka po lesie, a tu taka wpadka. Zostając sam wsłuchuję się w dźwięk muzyki moich błotników. Obawiając się opadów zdecydowałem się jechać na zimówce. Wyścig trwa raptem 2 godz. A rower trzeba potem 2 razy dłużej pucować. Wygrało lenistwo. Zajadam banany i żele wierząc, że odwrócę losy wyścigu. Niestety moje amulety w postaci jedzenia nie działają. Jak mnie wyprzedzali tak wyprzedzają. W końcu mijam 2 kolesi. Jeden złapał gumę , a drugi zerwał łańcuch. Poczułem przypływ energii, jest progres. Kiedy jednak dopadł mnie jakiś gość w szortach i bawełnianej bluzie z kapturem osiągnąłem dno. Tego już było za dużo na dzisiaj. Zacząłem parchać i syczeć jak koń ale kolesiowi nie popuściłem . Minęła równa godzina jazdy. Należało się poprawić i zaciskając zęby robiłem to. Jadąc równym rytmem dochodziłem rywali, odrabiając stracone sekundy. Przez kilka kilometrów widziałem w oddali grupkę Darka L. Cisnąc ile sił zacząłem się zbliżać i już mając kolegę na kilkadziesiąt metrów ten skręcił na giga… Do mety pozostało 6 km. Tylko 6 i aż 6. Głupotą było brak treningu przed wyścigiem. Zawsze najważniejsze są ostatnie 3 dni przed startem, ale jakoś nie było czasu i mobilizacji. Gdybym nie odpuścił dziś nie było by tego kryzysu. Za późno odżyłem i już nie starczyło na poprawienie pozycji. Ale i tak nie jest źle. Z Tomkiem przegrałem 2 min. ale reszta chłopaków het het za mną. Czyli norma –ani ja kiepsko, ani oni dobrze… 3 Min. po mnie wpada Michał, potem Grzesiek, Hans i Wojtek. Czekamy jeszcze kilka min. na Zosię, która jest 2 wsród kobiet. I długo później wjeżdża Łokieć. Gigowcy rewelacyjnie. Darek wygrywa kategorię, a Sławek jest 5. Może będzie nieźle w drużynówce. W Piasecznie nie damy sobą tak pomiatać. Chyba… Wyniki mega: 1:54.05 /88m.open/36 M3/Tomek Molenda 1:56.15/110m.open/43 M3/Marek Napierała 1:59.42/138m.open/55 M3/Michał Mandes 2:02.20/170m.open/31 M4/Grzegorz Kruszko 2:04.56/200m.open/38 M4/Tomasz Szymański 2:12.03/303m.open/ 68 M4/Wojtek Marciniak 2:25.54/22m.open/2 K5/Zosia Sołtys 2:32.38/521m.open/133 M4/Robert Łokietek Wyniki giga: 3.05.45/41m.open/1 M5/ Darek Lasota 3.20.06/75m.open/5 M5/Sławek Lasota 3.48.54/126m.open/18 M5/ Krzysztof Marciniak Gratulacje dla Darka za zwycięstwo i Zosi za podium. |