|
Pierwsza myśl jaka przychodzi mi na wspomnienie Radomskiego maratonu to, że było ciężko. Chłodny przenikliwy wiatr , deszcz i te cholerne wszechobecne błoto. Do samego końca czekaliśmy w samochodzie na poprawienie pogody. Dopiero kwadrans przed startem odważyłem się wyjść na zewnątrz by stawić czoła aurze. Przenikliwy deszcz i chłód nie dawał możliwości dobrej rozgrzewki. Jedyne co udało mi się przejechać to bagatela 1.5 km. Stanąłem w swoim sektorze na 4 min do startu. Niestety start odbywał się w jednostce wojskowej i jakiś wojskowi postanowili zrobić rundę honorową przed 1 sektorem. Kiedy wystartowaliśmy tempo wynosiło 30 km/h wiec tylko kwestią czasu było kiedy II sektor nas dogoni. Start odbył się na asfalcie i pierwsze kilometry były całkiem bezpieczne. Trochę w jeździe przeszkadzały liczne kałuże, ale tak nas przywitała pogoda więc nie można było mieć pretensji. Kiedy wjechaliśmy na polną drogę zaczął się prawdziwy wyścig. Kolarze przepychali się na coraz lepsze pozycję i tempo zaczęło rosnąć. Mając świadomość możliwości przepchnąłem się do przodu walcząc by być jak najbliżej pierwszego. Niestety trasa wyścigu prowadziła przez istną dziadowską polną drogę gdzie głównym motywem przewodnim były liczne dziury wypełnione po brzegi wodą. Nazywając rzeczy po imieniu wjechaliśmy w totalne bagno. Miejscami koła zapadały się po piasty w wodzie. Tylko cud ratował przed wypadkiem. Nie każdy miał jednak szczęście, gdyż ogromne tempo powodowało, że co chwila jakiś kolarz przewracał się uślizgając się na niebezpiecznym dołku. Nigdy nie wiesz czy kałuża w jaką wjeżdżasz jest płytka, czy spowoduje wywrotkę roweru. Zaczęło robić się naprawdę niebezpiecznie. Lecące z pod kół błoto zaklejało okulary i dodatkowo widoczność stawała się zerowa. Oj ciężkie chwile przeżywałem, jakby tego było mało podobnie jak większość beznadziejnie dobrałem opony. Dzisiejszy wyścig wymagał typowych opon błotnych ,a na rowerze miałem szybkie opony uniwersalne. Jak kląłem myśląc o tym błędzie. Wiedziałem że będzie mokro i ciężko , ale nie że aż tak. Chyba nikt nie spodziewał się oberwania chmury i takiego rozlewiska na trasie jakie nas spotkało. Jadąc na czele peletonu starałem się nie stracić 7 pozycji. Prędkość rosła a niebezpieczeństwo kraksy było coraz większe. W pewnym momencie jadący przede mną zawodnik przewrócił się na dziurze, odległość miedzy nami była tak mała, że nie zdążyłem nawet zareagować i przejechałem mu centralnie po rowerze . Tylko cud sprawił, że nie przewróciłem się i kiedy odzyskałem równowagę pognałem przed siebie. Po kilku kilometrach wjechaliśmy w tunel pod torami kolejowymi. Nie mogłem uwierzyć jak głęboko tam było. Woda zamoczyła mi całkowicie buty i miałem wrażenie że nalała mi się do bidonu. Od tej chwili rower zaczął rzęzić niemiłosiernie. Ogromna ilość błota zgromadzona na napędzie zaczęła wysyłać sygnały o jego rychłym zużyciu. Wszystko chrupało i zgrzytało, a minął dopiero dziesiąty kilometr. Chwilę później zorientowałem się że klocki w tylnym hamulcu się kończą… Okropne to było doświadczenie, a mając świadomość że przede mną jeszcze ponad 54 km. zaczęło się robić nieciekawie. Dzisiejszego dnia byłem jednak nastawiony pozytywnie i starałem się odsuwać złe myśli. Liczyła się tylko jazda więc pozytywne nastawienie dodawało hartu ducha. Kiedy wjechaliśmy na asfaltową drogę dopadła nas duża grupa kolarzy, było w śród nich 2 velmarowców Marcin i Daniel. Trochę podłamałem się na myśl, że już po 10 km. nadrobili oni do mnie 1 min. Ale jednocześnie wiedziałem że przed nami jeszcze ponad 50 km. i wyścig dopiero się rozpocznie. Ujechaliśmy tak razem kilkanaście km. Jeden za drugim starając się jechać zespołowo. Muszę przyznać, że jest to bardzo przyjemne doświadczenie jadąc razem z kolegami z którymi się regularnie trenuje. W trudnym, leśnym gąszczu Daniel zagubił się jednak tracąc kontakt z naszym peletonem i został daleko z tyłu. Jak się później okazało za mocno rozpoczął ten wyścig i zapłacił okrutną karę jaką jest niemoc… Nasza grupa gnała ile sił starając się odrabiać stratę do uciekających liderów, tempo miejscami było bardzo ciężkie. Starałem się nie tracić kontaktu z czołówką i siedziałem blisko na kole prowadzących. Pogoda sprawiła nam niezłego figla, że oprócz ciężkiego grząskiego terenu mieliśmy jeszcze tak trudne odcinki z walką o przeżycie. W pewnym momencie tempo przeprawy po błocie spadło do kilku na godzinę. Starając się nie przewrócić zeskoczyłem z roweru i biegnąc utrzymywałem dystans z rywalami. Do głowy przychodziły wtedy myśli, żeby odpuścić , odpocząć i wyluzować. Każda chwila walki powoduje jednak w człowieku siłę, że warto, że trzeba. Pokonuje się wtedy słabości i jest łatwiej pokonywać problemy. Doskoczyłem do podkręcających tempo kompanów i gnałem razem z nimi łykając kolejne kilometry maratonu. Marcin poślizgnąwszy się w błocie został trochę z tyłu. Straciliśmy ze sobą kontakt na kilka kilometrów. Ogólny syf i chłód wyzwalał negatywne emocje. Coraz częściej zdarzało się potknąć na trasie, lecący z kół piach zatykał oczy. Z powodu braku hamulców na każdym ostrym zakręcie hamowałem nogami. Chwilami było naprawdę ciężko. Kiedy nadeszła chwila słabości wyciągnąłem Turbo snaka. Starałem się nadrobić moment niemocy by utrzymać się w jadącej grupie. Jadąc miedzy drzewami zobaczyłem za sobą Marcina. Był tuż za mną. Wiedziałem, że resztę wyścigu będziemy jechać razem. Tak samo jak w Nidzicy równą jazdą nadrobimy straty by zając jak najlepszą lokatę. Marcin czuł się rześko, więc jechaliśmy z przodu by pilnować się i tracić jak najmniej. Po ostatnim bufecie zaczęliśmy być coraz aktywniejsi. Kilometry mijały, a my coraz mocniej pedałowaliśmy. Po przeprawie przez mostek nasi rywale zagubili się gdzieś w gąszczu kałuż więc ile sił w nogach pchaliśmy przed siebie. Na błotnistych odcinkach to ja czułem się pewniej ciągnąc Marcina na kole. Kiedy jednak wyjechaliśmy na twardą asfaltową jezdnie to on nadawał rytm jazdy. Tempo wzrastało miejscami do 38km/h co mając za sobą tak ciężką przeprawę było prędkością naprawdę wysoką. 5 km do mety pchaliśmy we dwóch ile sił zostawiwszy rywali hen z tyłu. Droga byłą coraz mniej przejezdna i zastanawiałem się kiedy rower odmówi mi posłuszeństwa. Lepiące się błoto spowalniało nas okrutnie, ale coraz mniejsza odległość do mety nie pozwalała stanąć w miejscu. Ostatnie kałuże , ostanie uślizgi pomyślałem, mijając ostatnią polną drogę tego maratonu. Jeszcze kila minut i zapomnimy o tym cierpieniu. Wjechaliśmy na asfalt. Dopadliśmy jakiegoś rywala i pchaliśmy po zmianach do końca . By jak najmniej stracić, by zdobyć jak najwięcej punktów do drużynówki. Na metę wpadliśmy we trzech. Marcin skończył na 16 miejscu open , Ja na 23. Robota wykonana, rowery do remontu. Ale było warto. Przez ten deszcz trasa okazała się nie byle wyzwaniem. To był okrutnie ciężki maraton. Ale pokazaliśmy kto tu nosi spodnie. Nie wystraszyliśmy się pogody… Serdeczne podziękowania chłopaki za wytrwałość, że dojechaliśmy. Że nikt się nie poddał, że cali i zdrowi. Wielkie ukłony dla gigowców, po prostu szacun. Kiedy mijałem rozjazd mega -giga myślałem o Was. Po prostu jesteście wielcy. Marek Napierała Szczególne gratulacje za podium dla : Sławek Lasota 2m /M5 giga Darek Lasota 3m /M4 giga Tomek ‘Hans’ Szymański 3m /M4 mega wyniki mega 62km: Marcin Wojdal: 2:42 :57 15 open 5/M2 Marek Napierała 2:44:00 23 open, 13/M3 Tomasz Szymański 2:50:16 39 open, 3/M4 Wojtek Marciniak 2:57:21 62 open, 5/M4 Radek Kalkowski 2:59:19 69 open, 21/M2 Daniel Marciniak 3.:01:28 77 open, 11/MJ Grzegorz Kruszko 3:01:41 80open, 8/M4 Marcin Marciniak 3:36:19 205open, 9/M1 Wojtek Kazibet 3:41:06 246open, 22/MJ wyniki giga 96km : Darek Lasota 5:29:59 19 open, 3/M4 Sławek Lasota 5:33:31 22open, 2/M5 Drużynowo jesteśmy na 4miejscu na 172 zespoły W klasyfikacji generalnej po 4 wyścigach na najlepszych miejscach są sklasyfikowani: Darek Lasota- 3 w M4 giga Marek Napierała - 3 w M3 Wojtek Marciniak- 4 w M4 Sławek Lasota- 5 w M5 giga Wojtek Kazibet- 5 w MJ Daniel Marciniak- 8 w MJ Marcin Marciniak- 8 w M1 |