Start
 
Mazovia Radom 16.05.2010
Redaktor: Administrator   
18.05.2010.

 

Pierwsza myśl jaka przychodzi mi na wspomnienie Radomskiego maratonu to, że było ciężko.

Chłodny przenikliwy wiatr , deszcz i te cholerne wszechobecne błoto. Do samego końca czekaliśmy w samochodzie na poprawienie pogody. Dopiero kwadrans przed startem odważyłem się wyjść na zewnątrz by stawić czoła aurze. Przenikliwy deszcz i chłód nie dawał możliwości dobrej rozgrzewki. Jedyne co udało mi się przejechać to bagatela 1.5 km.

Stanąłem w swoim sektorze na 4 min do startu. Niestety start odbywał się w jednostce wojskowej i jakiś wojskowi postanowili zrobić rundę honorową przed 1 sektorem. Kiedy wystartowaliśmy tempo wynosiło 30 km/h  wiec tylko kwestią czasu było kiedy II sektor nas dogoni. Start odbył się na asfalcie i pierwsze kilometry były całkiem bezpieczne.

Trochę w jeździe przeszkadzały liczne kałuże, ale tak nas przywitała pogoda więc nie można było mieć pretensji.

Kiedy wjechaliśmy na polną drogę zaczął się prawdziwy wyścig. Kolarze przepychali się na coraz lepsze pozycję i tempo zaczęło rosnąć. Mając świadomość możliwości przepchnąłem się do przodu walcząc by być jak najbliżej pierwszego. Niestety trasa wyścigu prowadziła przez istną dziadowską polną drogę gdzie głównym motywem przewodnim były liczne dziury wypełnione po brzegi wodą. Nazywając rzeczy po imieniu wjechaliśmy w totalne bagno. Miejscami koła zapadały się po piasty w wodzie. Tylko cud ratował przed wypadkiem.

Nie każdy miał jednak szczęście, gdyż ogromne tempo powodowało, że co chwila jakiś kolarz przewracał się uślizgając się na niebezpiecznym dołku. Nigdy nie wiesz czy kałuża w jaką wjeżdżasz jest płytka, czy spowoduje wywrotkę roweru. Zaczęło robić się naprawdę niebezpiecznie. Lecące z pod kół błoto zaklejało okulary i dodatkowo widoczność stawała się zerowa. Oj ciężkie chwile przeżywałem, jakby tego było mało podobnie jak większość beznadziejnie dobrałem opony. Dzisiejszy wyścig wymagał typowych opon błotnych ,a na rowerze miałem szybkie opony uniwersalne. Jak kląłem myśląc o tym błędzie. Wiedziałem że będzie mokro i ciężko , ale nie że  aż tak. Chyba nikt nie spodziewał się oberwania chmury i takiego rozlewiska na trasie jakie nas spotkało. Jadąc na czele peletonu starałem się  nie stracić 7 pozycji. Prędkość rosła a niebezpieczeństwo kraksy było coraz większe. W pewnym momencie jadący przede mną zawodnik przewrócił się  na dziurze, odległość miedzy nami była tak mała, że nie zdążyłem nawet zareagować i przejechałem mu centralnie po rowerze . Tylko cud sprawił, że nie przewróciłem się i kiedy odzyskałem równowagę pognałem przed siebie. Po kilku kilometrach wjechaliśmy w  tunel  pod torami kolejowymi. Nie mogłem uwierzyć jak głęboko tam było. Woda zamoczyła mi całkowicie buty i miałem wrażenie że nalała mi się do bidonu. Od tej chwili rower zaczął rzęzić niemiłosiernie. Ogromna ilość błota zgromadzona na napędzie zaczęła wysyłać sygnały o jego rychłym zużyciu. Wszystko chrupało i zgrzytało, a minął dopiero dziesiąty  kilometr. Chwilę później zorientowałem się że klocki w tylnym hamulcu się kończą…

Okropne to było doświadczenie, a mając świadomość że przede mną jeszcze ponad 54 km. zaczęło się robić nieciekawie.

Dzisiejszego dnia byłem jednak nastawiony pozytywnie i starałem się odsuwać złe myśli. Liczyła się tylko jazda więc  pozytywne   nastawienie dodawało hartu ducha.

Kiedy wjechaliśmy na asfaltową drogę dopadła nas duża grupa kolarzy, było w śród nich 2 velmarowców Marcin i Daniel.  Trochę podłamałem się na myśl, że już po 10 km. nadrobili oni do mnie 1 min. Ale jednocześnie wiedziałem że przed nami jeszcze ponad 50 km. i wyścig dopiero się rozpocznie. Ujechaliśmy tak  razem kilkanaście km. Jeden za drugim starając się jechać zespołowo. Muszę przyznać, że jest to bardzo przyjemne doświadczenie jadąc razem z kolegami z którymi się regularnie trenuje.

W trudnym, leśnym gąszczu Daniel zagubił się jednak tracąc kontakt z naszym peletonem i  został daleko z tyłu. Jak się później okazało za mocno rozpoczął ten wyścig i zapłacił okrutną karę jaką jest niemoc…

Nasza grupa  gnała ile sił starając się odrabiać stratę do uciekających liderów, tempo miejscami było bardzo ciężkie. Starałem się nie tracić kontaktu z czołówką i siedziałem blisko na kole prowadzących. Pogoda sprawiła nam niezłego figla, że oprócz ciężkiego grząskiego terenu mieliśmy jeszcze tak trudne odcinki z walką o przeżycie. W pewnym momencie tempo przeprawy po błocie spadło do kilku na godzinę. Starając się nie przewrócić zeskoczyłem z roweru i biegnąc utrzymywałem dystans z rywalami. Do głowy przychodziły wtedy myśli,  żeby odpuścić , odpocząć i wyluzować. Każda chwila walki powoduje jednak w człowieku siłę, że warto, że trzeba. Pokonuje się wtedy słabości i jest łatwiej pokonywać problemy.  Doskoczyłem do podkręcających tempo kompanów i gnałem razem z nimi łykając kolejne kilometry maratonu.

Marcin poślizgnąwszy się w błocie został trochę z tyłu. Straciliśmy ze sobą kontakt na kilka kilometrów.

Ogólny syf i chłód wyzwalał negatywne emocje. Coraz częściej zdarzało się potknąć na trasie, lecący z kół piach zatykał oczy. Z powodu braku hamulców na każdym ostrym zakręcie hamowałem nogami. Chwilami było naprawdę ciężko. Kiedy nadeszła chwila słabości wyciągnąłem Turbo snaka. Starałem się nadrobić moment niemocy by utrzymać się w jadącej grupie. Jadąc miedzy drzewami zobaczyłem za sobą Marcina. Był tuż za mną. Wiedziałem, że resztę wyścigu będziemy jechać razem. Tak samo jak w Nidzicy równą jazdą nadrobimy straty by zając jak najlepszą lokatę. Marcin czuł się rześko, więc jechaliśmy z  przodu by pilnować się i tracić jak najmniej. Po ostatnim bufecie zaczęliśmy być coraz aktywniejsi. Kilometry mijały, a my coraz mocniej pedałowaliśmy. Po przeprawie przez mostek nasi rywale zagubili się gdzieś w gąszczu kałuż więc ile sił w nogach pchaliśmy przed siebie. Na błotnistych odcinkach to ja czułem się pewniej ciągnąc Marcina na kole. Kiedy jednak wyjechaliśmy na twardą asfaltową jezdnie to on nadawał rytm jazdy. Tempo wzrastało miejscami do 38km/h co mając za sobą tak ciężką przeprawę było prędkością naprawdę wysoką.

5 km do mety pchaliśmy we dwóch ile sił zostawiwszy rywali hen z tyłu. Droga byłą coraz mniej przejezdna i zastanawiałem się kiedy  rower odmówi mi posłuszeństwa. Lepiące się błoto spowalniało nas okrutnie, ale coraz mniejsza odległość do mety nie pozwalała stanąć w miejscu. Ostatnie kałuże , ostanie uślizgi pomyślałem, mijając ostatnią polną drogę tego maratonu. Jeszcze kila minut i zapomnimy o tym cierpieniu. Wjechaliśmy na asfalt. Dopadliśmy jakiegoś rywala i pchaliśmy po zmianach do końca . By jak najmniej stracić, by zdobyć jak  najwięcej punktów do drużynówki.

Na metę wpadliśmy we trzech. Marcin skończył na 16 miejscu open , Ja na 23.

Robota wykonana, rowery do remontu. Ale było warto. Przez ten deszcz trasa okazała się nie byle wyzwaniem. To był okrutnie ciężki maraton. Ale pokazaliśmy kto tu nosi spodnie. Nie wystraszyliśmy się pogody…

Serdeczne podziękowania chłopaki za wytrwałość, że dojechaliśmy. Że nikt się nie poddał, że cali i zdrowi. Wielkie ukłony dla gigowców, po prostu szacun. Kiedy mijałem rozjazd mega -giga  myślałem o Was. Po prostu jesteście wielcy.

                                                                                                                     Marek Napierała

Szczególne gratulacje  za podium dla :

Sławek Lasota 2m /M5 giga

Darek Lasota 3m /M4 giga

Tomek ‘Hans’ Szymański 3m /M4 mega       

 

wyniki mega 62km:

Marcin Wojdal:   2:42 :57      15 open 5/M2

Marek Napierała 2:44:00       23 open, 13/M3 

Tomasz Szymański 2:50:16  39 open, 3/M4

Wojtek Marciniak 2:57:21    62 open, 5/M4

Radek Kalkowski 2:59:19     69 open, 21/M2

Daniel Marciniak 3.:01:28    77 open, 11/MJ

Grzegorz Kruszko 3:01:41  80open,  8/M4

Marcin Marciniak   3:36:19 205open, 9/M1

Wojtek Kazibet     3:41:06  246open, 22/MJ

 

wyniki giga 96km :

Darek Lasota  5:29:59     19 open, 3/M4

Sławek Lasota 5:33:31     22open, 2/M5 

 

 Drużynowo jesteśmy na 4miejscu na 172 zespoły

W klasyfikacji generalnej po 4 wyścigach na najlepszych miejscach są sklasyfikowani:

 Darek Lasota- 3 w M4 giga

Marek Napierała - 3 w M3

Wojtek Marciniak- 4 w M4

Sławek Lasota- 5 w M5 giga

Wojtek Kazibet- 5 w MJ

Daniel Marciniak- 8 w MJ

Marcin Marciniak- 8 w M1

 

Zmieniony ( 19.05.2010. )
 
Maraton Ełk - relacja
Redaktor: Administrator   
22.06.2009.

Na tydzień przed maratonem w drużynie można było wyczuć wyraźne napięcie.

W najgorszej sytuacji był Hans , który czuł się jak królik osaczony przez lisy..

Daniel ,Radek i inne rude , głodne sukcesu  lisy nie mogły się  doczekać, żeby zając miejsce starego Hansa i zapunktować na Mega.

Wieczór  przed  startem okazał się eksplozją koleżeńskich zachować, wszyscy chcieli sobie stawiać drinki i częstowali się  papierosami, zwłaszcza wokół Hansa aż roiło się od sponsorów.. jednak przebiegły Hans nie dał się podejść.

 

Przed samym  startem wszyscy dostaliśmy bo bananie i dobrym słowie  od Wojtka ( nie jechał z powodu kontuzji).

Wszyscy zgodnie przysięgali ,że ruszą powoli i z czasem będą rozkręcać..

Trudno było w to uwierzyć i jak się  później okazało : słusznie.

Hans wystartował … ( 1 i 2 sektor  razem) Po 30 sekundach wystartował 3 i 4 sektor ( czyli reszta)

Ruszyliśmy ulicami Ełku , wzbudzając ogólny podziw mieszkańców , w tym lokalnych piękności.

Daniel wydarł w takim tempie jakby  wszystko miało trwać jedną minutę. Grzegorz i Radek siedli na koło Danielowi, Jacek Śmietanko , doświadczony , stary wyjadacz postanowił odpuścić początkowy sprint i akumulować siły na dalszą , morderczą walkę..jak się późnej okazało nie było to celowe , gdyż wkrótce doznał kontuzji i wycofał się..

Tymczasem Daniel parł do przodu jak Tome Lee Jones w  Ściganym. Radek odpuścił trochę  a Grzegorz zaciekawiony tym co wyprawia Daniel nie spuszczał go z oka i z koła..

Wkrótce w oddali zamajaczyła sylwetka Hansa !!!

Jechał z wyraźnym trudem , z tyłu za peletonem i wydawał się łatwym , bezbronnym kąskiem. Było to najwspanialszy moment w wyścigu dla Grzegorza ( kolejny raz widział  Hansa na mecie)

Daniel poczuł krew i młody rekin już wiedział, że musi wbić swoje zęby w starszego kolegę.

Po dojściu Hansa  jechali razem  około 20 km. , jednak stary, przebiegły Hans miał jak zwykle kalorie odłożone na czarną godzinę. Ogarnął się i uciekł Danielowi z widelca..

Podobne rozczarowanie przeżył Radek. Po załatwieniu sprawy z Grzegorzem na 35 km poczuł moc i niemal doszedł  Hansa, którego miał już  na rzut kamieniem.

Przez chwilę rozkoszował się wizją objeżdżania starszego kolegi z okrzykiem „ a kuku!!”

Jednak wizja ta pozostała  na zawsze wizją .. sylwetka Hansa oddalała się i oddalała… aż wtopiła się  w pejzaż pięknej mazurskiej przyrody.

Kolejny wyścig w Lublinie , zestresowany Hans trenuje codziennie , młode wilki : dwa razy dziennie..

                                                                       Gall Anonim


 

 
LUBLIN relacja
Redaktor: Administrator   
03.07.2009.

Ub.niedziela 28.06 to czas prawdziwej konfrontacji. Wiadomo było nie od dziś że "człowiek człowiekowi wilkiem". Tak też było tego pięknego niedzielnego poranka. Wszech obecna parówa tylko zagęszczała i tak bardzo gęstą atmosferę: 30st.C i duchota mówiły że lekko nie będzie. Jeśli dodać do tego przeokrótne błoto, to mamy istną mieszankę wybuchową. Zaczęło się już przed startem, prawie nieodzywający się do siebie odwieczni rywale Hans, Jacek i młody wilk nieznający jeszcze życia Radek. Ostre spojrzenia i tylko udawane względem siebie przyjazne miny  powodowały, że koleżeństwo umarło dzień wcześniej. Ogromna chęć bycia najlepszym megowcem doprowadzi niejednego do rozpadu rodziny. Nikt jednak nie liczy się z takimi konsekwencjami. Sama świadomość wygrywania powoduje tak ogromne doznania i zazdrość w oczach kolegów, że  jest po prostu bezcenna. Rozgrzewka przebiegała w charakterze odosobnienia i spokoju. Byle nie popełnić błedu, by być gotowym do rywalizacji.

I stało się, strzał z pistoletu wypchnął peleton do przodu. W pierwszym sektorze wyskoczyli gigowcy MarekZ i Darek Z. Tuż za nimi Hans. Z 3 sektora wyskoczył Jacek i Radek, reszta z kolejnych. Największą formę zachwalał Jacek. Poleciał do przodu i gnał przed siebie  ile sił. By jak najszybciej dogonić uciekającego Hansa. Szło rewelacyjnie, wyprzedzał rywali raz to z lewej raz z prawej. Pewny swoich sił i umiejętności nie bacząc na ogromne błoto i kałuże ładował by zdobyć miano najszybszego. Wnet krzyki jadących z tyły zdawały się pokrzyżować plany Jacka. Nie wierzył w to co słyszał, lecz w końcu zrozumiał - Pomylili trasę, pojechali na Hobby. Zawrócił, zły zmęczony na marne i ze skrzypiącym od błota rowerem dawał by jak najbardziej odrobić stratę. A było co odrabiać. Wracając na właściwą trasę znalazł się w 6 sektorze. I tu już zakończył rywalizację, koledzy odjechali...

Z przodu Hans starał się utrzymywać jak największą przewagę nad resztą zespołu, pedałował najmocniej jak potrafił by nie dać satysfakcji kolegom. Okropne błoto nie dawało możliwośći utrzymywania dużego tempa, trzeba było uważać bo opony ślizgały się na zakrętach i nie trudno o kraksę. A kraks było nie mało, jadący z tyłu Jacek doświadczył tak mocnego zderzenia z ziemią że ta aż zadrżała. Pominę ogromność niecenzuralnych słów pod adresem wszystkich winnych tej pogody i tego po czym przyszło im jechać.

Radek coraz bardziej się rozkręcał. Każdy kilometr sprawiał mu coraz większą radość z pogoni za lisem. Delektując się nadchodzącą  chwilą kiedy spojrzy Hansowi w jego przekrwione oczy powiększała mu pojemność płuc. Jak okropny jest smak krwi w płucach zna każdy komu przyszło trenować z ''dr.Mengele''. Jednak okropnie znienawidzone tempówki dziś się przydały. Radek przyspieszał więcej i więcej...

Kilka minut za walką o prym odbywała się rywalizacja między ''Pałą" a Sebastianem. Pała wygrażając się za Ełk obiecał pomścic sromotnie przegraną Sebastianowi. Wyprzedzali się wielokrotnie na trasie, jeszcze częściej się wywracali. Ale odpóścić żaden nie raczył, wiadomo było że wojna to wojna.

Dochodził 30km, Hans jechał z coraz większym grymasem. Pusty bidon, duszność, błoto, same minusy. Nogi już coraz słabsze, ale serce do walki gorące. Walka trwała nadal. Hans który zawsze wygrywa, który jest bezwględny dla kolegów, niedopuszczał myśli o porażce. Nie mógł uwierzyć, że nagle pojawiła się niechętnie oczekiwana postać Radka. Ten zrównawszy się z kolegą powiedział :''Hans, przepraszam że tak późno'' i odjechał. Traumatyczne było to przeżycie, po tylu sukcesach poczuł się pokonany. Siły opadały, a suchość w ustach tylko osłabiała moc. Na bufet przyszło mu czekać jeszcze ponad 20km...

Rywalizacja trwała nadal, kilometry leciały, a błoto stawało się bardziej dokuczliwe. Niezliczona liczba wywrotek powodowała obicia i ból. 

Radek coraz więcej przyspieszał, niesiony euforią starał się tylko nie popełnić błedu. Jednak warto było trenować potajemnie, dokręcać kilometry w ukryciu przed kolegami. Ile to bólu, potu i cierpienia musiał znosić na treningach by potem cieszyć się z chwili  takiej jak ta. Wpadł na metę uradowany, Hans pokonany. Upłynęło dobre 5min zanim wpadł jego główny rywal i dobre 13 zanim kolejny.

Odbije się, stwierdził Hans. Medycyna zna takie przypadki...

 

 

 

Zmieniony ( 06.07.2009. )
 
««  start « poprz. 1 2 3 nast.  » koniec »»

Pozycje :: 1 - 7 z 17